Victoria Gische

Podróże

Wyspa Sark,

Sark2.jpg

Wyspa Sark jest miejscem niezwykłym, gdzie czas naprawdę się zatrzymał. Może odpowiedzialne były za to wody wokół jej brzegów. Niebezpieczne i zwodnicze. Piraci znajdowali tu schronienie, napadający tak na angielskich, jak i normandzkich kupców oraz mieszkańców. Przez dziesiątki lat próbowano ukrócić ich proceder. Wysłano żołnierskie ekspedycje, walczono fortelami. Kiedy wreszcie wydawało się, że pokonano piratów, los wyspy był przesądzony. Nad jej stromymi brzegami rozlegało się już tylko szalone, smętne wycie wiatru i głuchy odgłos fal roztrzaskujących się o skały.

Jednak fortuna kołem się toczy. Niejaki Helier de Carteret, bogaty dziedzic z sąsiadującej wyspy, udał się przed oblicze angielskiej królowej. Padł na kolana przed Elżbietą I i zapewnił, że zrobi wszystko, aby przywrócić wyspie świetność oraz nie dopuścić do powrotu piratów. Rzecz cała działa się w roku pańskim 1563. W efekcie uzyskał dla wyspy niepodległość, a dla siebie tytuł wieczystego lennika i posiadacza ziemskiego, który zależny był tylko od angielskiego monarchy.

Życie płynęło na Sark leniwie. Spokojnie, z dnia na dzień. I ani się jej mieszkańcy nie spostrzegli, jak upłynęło ponad cztery stulecia z okładem. Świat zmienił się nie do poznania. Nigdzie już nie pamiętano o feudalnych porządkach. No, prawie nigdzie, bo na Sark życie wciąż płynęło według starych zasad. W miejscowej rezydencji mieszkał dwudziesty drugi następca de Cartereta – John Michael Beaumont. Z zawodu inżynier.

I chociaż jego państewko było mikroskopijnych rozmiarów, kto by się tym przejmował. Wyspa była może ciasna, ale własna, a poza tym dawała realne przywileje, cóż z tego, że nieaktualne i wręcz bezsensowne w zderzeniu z dzisiejszym, pędzącym światem.

Sark1.JPG

Może to kogoś śmieszyć, ale pan na Sark wciąż mógł skorzystać z przywileju pierwszej nocy. Żonę, legalnie, zgodnie z prawem, mógł bić kijem, nie grubszym jednak niż mały palec u dłoni. Poza tym mógł rekwirować wszystko, co morze wyrzuciło na brzeg wyspy. Nawet jeżeli był to zdechły wieloryb.

Tylko pan na Sark mógł trzymać niewysterylizowaną suczkę i hodować gołębie, co rodziło coraz częstsze pytanie, dlaczego on, a nie my – mieszkańcy? Odpowiedź wydaje się prosta i oczywista: bo gdyby wszystkie psy mogły się rozmnażać, byłoby ciężko z owcami, a ptaki wydziobałyby całe świeże ziarno.

Najważniejsze jednak prawo przewidywało pobieranie 1/13 opłaty od każdej transakcji sprzedaży gruntu.

Panowanie to nie tylko przywileje, ale także obowiązki. A z tych pan, czy pani na Sark wywiązywali się bardzo dobrze. Przykładowo Sybil Hathaway, podczas II wojny światowej stanowczo odmówiła opuszczenia wyspy podczas okupacji. Nie lękała się hitlerowskiego oficera, któremu podyktowała, co okupantom wolno, a czego nie. Widząc niezłomność i siłę,  okazano respekt, którego wymagał autorytet, a mieszkańców oszczędzono.

Czas płynął na Sark wolno, bardzo wolno. Wszyscy żyli zwyczajnie, nawet pan dziedzic, który tak jak i pozostali mieszkańcy wszędzie chodził na piechotę lub jeździł rowerem. I kiedy dwudziesty drugi pan na Sark zaczął dobiegać osiemdziesiątki, a za progiem stał XXI wiek, nad wyspą pojawiło się widmo demokracji.

Sark4.jpg

Ktoś mógłby powiedzieć „nareszcie”, ale mieszkańcy z niczym się nie spieszyli, z pochopnymi decyzjami też, wychodząc z założenia, że nie warto zmieniać czegoś, co od setek lat działało bez zarzutu.

Sark3.jpg

A o tym, że Sark jest inne niż wszystko, co do tej pory widzieli, turyści mogą przekonać się już na samym początku podróży. Z pobliskich wysp na Sark można dostać się statkiem. Rejs pozwala przygotować się na to, co nas czeka. Wyluzować się, odetchnąć świeżym, morskim powietrzem, uspokoić myśli i serce. Kiedy już opuściliśmy statek, do celu podróży można dostać się albo na piechotę, albo tak zwanym tosterem, czyli traktorem, do którego doczepiono pasażerską przyczepę. To ostatni moment, żeby rozstać się z problemami dnia codziennego. Albo robimy to dobrowolnie, albo tak czy siak zostaną z nas wytrzęsione podczas jazdy. Podróż przyczepą prowadzi na szczyt skarpy, gdzie na chętnych czekają bryczki albo rowery, ponieważ oprócz niezbędnych maszyn rolniczych, które mogą poruszać się po drogach, samochody są zakazane. Najlepszym środkiem lokomocji na Sark są własne nogi. Główna ulica nosi nazwę – a jakże by inaczej – Alei. Kto szykuje się na coś „większego” może być rozczarowany wyglądem centrum. Przy Alei stoją małe, przeważnie parterowe kolorowe domki, z kwiatami na oknach. Dalej... No cóż. Nie ma dalej. Dalej są tylko pola, gdzie pasą się owce, konie, a wśród zieleni skaczą dzikie króliki.

Sark6.jpg

Budownictwo na Sark ma charakter mikro. Domki, ulice, kościółek można nakryć chusteczką do nosa, poskładać i włożyć do kieszeni. Nawet rezydencja pana na Sark jest skromna. Jej jedyną atrakcją jest ogród.

Miejscowe więzienie, bo i ono się tu znajduje, też jest malutkie. Wieść niesie, że najmniejsze na świecie. Od czasu do czasu lądują w nim nadużywający alkoholu. Ponoć straszy tu biała dama, ale czy warto wierzyć słowom ludzi, których umysł zmącił mocniejszy trunek?

Aby poznać urok Sark trzeba czasu. To nie atrakcja na jeden dzień. Kto chce tu zabawić tylko kilka godzin, niech od razu da sobie spokój.

Ludzi są niezwykle mili i przyjacielscy. Nikogo nie dziwi, że do obcych mówi się „dzień dobry”. Że sąsiad przegania krowy sąsiada; że rozwozi mleko w zastępstwie za kogoś innego bez zbędnego gadania. Dzieci spokojnie przyglądają się zwierzętom, a miejscowa domorosła artystka, trochę dama, siedząc nad brzegiem morza, maluje akwarelami.

Sark5.jpg

Jedną z miejscowych ciekawostek są czarownice, na które należało swego czasu bacznie uważać, bo nisko latały, kierując się na swoich miotłach na kolejny sabat. Kiedy zmęczyły się długim lotem lubiły przysiadywać na kominach tutejszych domostw, na których mocowano i nadal się mocuje, specjalne siedziska, chociaż żadnej czarownicy nie widziano od wieków. Robi się to tak na wszelki wypadek. Zresztą na Sark trudno zrywa się z czymś, co funkcjonowało od dawien dawna. Ludzie żyli w odosobnieniu. Niczym w hibernacji. Jak w bańce mydlanej.

Rzeczy zaczęły przybierać nowy obrót niewinnie. Powolutku, niezauważalnie. Na początku lat 90-tych na Sark dotarli dwaj angielscy magnaci, bracia Barclayowie. Właściciele między innymi londyńskiego Ritz'a, sieci modnych sklepów i paru poczytnych, rozchodzących się w milionowych nakładach, gazet.

Zachwycili się tym niespotykanym, cudownym miejscem. Zaczęli inwestować i budować. Najpierw ogromny zamek, który raczej nie przypadł do gustu tubylcom. Potem postawili szkołę. Następnie wykupili trzy hotele, restauracje, sklepy i lokalną gazetę. Bynajmniej nie uważano ich za dobroczyńców.

Szybko zorientowali się w panującym tu, wciąż feudalnym, prawie. I nie spodobało im się to tak bardzo, że postanowili je zaskarżyć przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. Zaskarżyli obowiązek płacenia feudalnej daniny oraz przepisy spadkowe zgodnie, z którym na Sark mogli, tak jak dawniej, dziedziczyć tylko spadkobiercy płci męskiej. A bracia niestety doczekali się tylko córek. Pana na Sark nazywali dyktatorem.

Poczynania nowych mieszkańców podzieliły starych. Jedni drżeli z oburzenia, inni byli bardziej przychylni. Tak, czy siak wszyscy mówili o jednym. O demokracji. W końcu po półtorarocznej batalii odbyły się na Sark pierwsze, wolne wybory. Zmieniono też prawo. Pan na Sark stracił większość przywilejów, którymi się cieszył. Chociaż przywilej dotyczący gołębi wciąż obowiązywał.

Poza tym Sark zachowało swoją niezależność. Nie jest członkiem Unii Europejskiej, nie podlega rządowi Wielkiej Brytanii, a formalnym zwierzchnikiem pozostaje Książę Normandii, jak od Wieków Średnich, nazywa się tu angielskich królów.

Czy dobrze się stało? Tego nie wiedzą nawet mieszkańcy. Jedno jest za to pewne - ostatnie miejsce, gdzie feudalizm nie był tylko hasłem w  podręczniku historii, ale żywym, stosowanym prawem, przestało istnieć.

Sark7.jpg